sobota, 21 października 2017

Złoto vs. bitcoin


Cena złota w ciągu ostatnich 12 m-cy wzrosła o 20 procent. Choć to bardzo dużo jak na inwestycję,  to słabo wypada w porównaniu do kilkuset procent wzrostu, jakie zanotował bitcoin, czyli czołowa kryptowaluta. Dlaczego piękne  i hipnotyzujące od tysięcy lat złoto zostaje w tyle? Przede wszystkim dlatego, że jako środek lokowania nadwyżek finansowych jest szalenie niepraktyczne. Poniżej tylko kilka przykładów dlaczego inwestorzy kierujący się względami praktycznym wolą posługiwać się kryptowalutą:

1. Transferowalność – złoto ma postać fizyczną, najczęściej sztabki lub monety. By przerzucić środki zgromadzone w złocie, musimy przerzucić je fizycznie. A to metal ciężki i bardzo pożądany, jego transport jest więc kłopotliwy. Nawet jeśli chcemy przetransferować jego drobną ilość, np. do rodziny żyjącej na granicą, to nie wyślemy tego raczej zwykłym listem (jeśli komuś to przyjdzie do głowy, to niech się z kruszcem pożegna) tylko musimy znaleźć inny, bezpieczny sposób transportu. Najlepiej oczywiście zrobić to samemu lub znaleźć kogoś zaufanego. Transport poprzez firmę dającą gwarancję dostarczenia kosztownej przesyłki może być kosztowny. I tu właśnie widać doskonale przewagę bitcoina – nasze cyfrowe zasoby mogą być przelane w dowolne miejsce na świecie niemal błyskawicznie i bez żadnych pośredników, a  odbiorca może je natychmiast wymienić na tradycyjną walutę. Nie musi, tak jak byłoby to w przypadku złota, biegać po mieście szukając kupca na kruszec.
2. Podzielność – czy widziałeś kiedyś kogoś, kto kroiłby sztabkę złota na mniejsze kawałki, którymi mógłby obdarować dzieci, lub w czasie wojny zapłacić za środki do życia? Albo koś kto łamałby monetę na mniejsze części? Problem z podzielnością środków zgromadzonych w złocie sprawia, że zwykli śmiertelnicy powinni trzymać ten kruszec w jak najmniejszych jednostkach. Tymczasem zazwyczaj im w mniejszych sztabkach czy monetach złoto kupujesz, tym więcej na nie trzeba zapłacić (w przeliczeniu na uncję). Tego problemu nie ma w przypadku bitcoina, którego możemy podzielić nawet na 100 milionów mniejszych części i płacić nimi w nieporównywalnie łatwiejszy sposób niż złotem.
3. Handel – wraz z powstawaniem kolejnych giełd łatwiej nabyć bitcoina i go upłynnić w razie potrzeby. Czołowe platformy handlu po serii wpadek wprowadziły spore zabezpieczenia i ryzyko kradzieży z nich pieniędzy nie jest specjalnie większe od ryzyka kradzieży środków z konta bankowego. To oznacza, że bitcoinem możemy handlować w sposób szybki i bezpieczny. Tak niestety nie jest ze złotem. Wybierając się do punktu handlu złotem z większymi je musimy powziąć środki bezpieczeństwa, a zakupiony kruszec szybko schować w bezpiecznym miejscu, którym najczęściej jest skrytka bankowa (koszt to minimum kilkaset złotych na rok) lub w domu (solidny sejf to wydatek kilku tysięcy złotych). Jeśli chcemy biegać po mieście z większą ilością złota, pomyślmy również o profesjonalnej firmie ochroniarskiej, która zapewni nam bezpieczeństwo podczas transportu. Aha, złoto przechowywane w domu dobrze by ubezpieczyć od kradzieży czy pożaru.

Podsumowanie: Złoto jest ważnym i wciąż popularnym środkiem służącym zabezpieczeniu finansowemu, ale bitcoin jest pod tym względem o nieporównywalnie bardziej praktyczny i bezpieczny. Wzrost cen złota w minionych miesiącach byłby jeszcze większy gdyby nie fakt, że wielu indywidualnych inwestorów zamiast kruszcu wybrało właśnie bitcoina. Oszczędności czasu i pieniędzy dzięki bitcoinowi są tak duże, że najprawdopodobniej coraz więcej osób fizycznych będzie w następnych latach zmniejszało procentową obecność złota w swoich portfelach na rzecz kryptowaluty. W ich ślad wcześniej lub później pójdą instytucje finansowe. Bitcoin to nowe, lepsze złoto i do tego w całości cyfrowe.

Więcej o bitcoinie i świecie kryptowalut znajdziesz na moim nowym blogu: Bitcoin i świat kryptowalut

środa, 11 lutego 2015

Samsung smart TV

Prawdziwe gromy posypały się na Samsunga, który zapisał w swojej polityce prywatności (jaką każdy użytkownik telewizora tej firmy musi zaakceptować), że może przesyłać na zewnętrzne serwery fragmenty rozmów użytkownika. Nie za bardzo wiadomo do kogo te rozmowy mogłyby trafiać (Samsung ich analizę zleca zewnętrznemu podmiotowi), nie wiadomo również do końca co by się z nimi działo po użyciu do celów „udoskonalania produktu”. Wiadomo jednak na pewno, że Samsungowi przyjdzie zapłacić za swoją szczerość.
Wpadkę Samsunga z ochotą wykorzystają inni gracze na trudnym rynku telewizorów, gdzie nikt nie bierze jeńców, a trup ściele się gęsto. Po rezygnacji Philipsa i Toshiby, swoje wycofanie z tego obszaru aktywności rozważa na poważnie również SONY. Zapewne podobnie jak w przypadku tych dwóch firm sprzeda prawa do linii swoich telewizorów firmie, która dzięki redukcji kosztów spróbuje dotrzeć do większej grupy klientów. Być może spróbuje zarobić również na… szpiegowaniu swoich użytkowników.
Samsung popełnił właściwie jeden błąd – zapisał otwarcie to, co robią inni po kryjomu i do czego się nie przyznają. Kiedy kilkanaście miesięcy temu okazało się, że największy konkurent Samsunga, LG, wysyła szereg informacji o swoich użytkownikach na serwery firmy, co gorsza nieszyfrowanymi kanałami, firma zareagowała niemrawo, twierdząc, że musi te informacje sprawdzić, po czym przyznała, że coś może być na rzeczy. Zbieranie informacji miało służyć wyświetlaniu spersonalizowanych reklam, na których, jak nietrudno się domyślić, firma zarabiała.

W zasadzie trudno się dziwić, że wyrafinowane komputery, jakimi są dzisiejsze Smart TV, zbierają o nas informacje i próbują, na razie nieśmiało, nam coś sprzedać. Ale przecież robią to już nasze pecety, telefony komórkowe i czytniki e-booków. Szukające dodatkowych zysków koncerny połasiły się i na ten, jeden z ostatnich bastionów, naszej prywatności i tylko zdecydowany opór opinii publicznej i idące za tym wprowadzenie stosownych ograniczeń prawnych mogłoby ten stan rzeczy zmienić.
Producenci telewizorów zatrudniają jednak wielu lobbystów, którzy przekonują, że „uczciwi ludzie nie mają się czego obawiać”, a i samym klientom permanentna inwigilacja przestaje przeszkadzać, jeśli tylko w zamian dostają wcześniej niedostępne usługi. Pod jednym wszakże warunkiem – jeśli zapłata w walucie, jaką jest nasza prywatność nie jest pobierana zbyt nachalnie i w sposób gwarantujący choćby iluzoryczną ochronę danych.
Cała afera przypomina nieco tę sprzed kilku lat z portalem Facebook. Zmieniając regulamin, w tym zasady wykorzystania zdjęć użytkowników, Facebook postanowił zrobić to z otwartą przyłbicą, w sposób przejrzysty dla użytkownika i… spotkał się z falą protestów! Miliony osób, także w Polsce w formie łańcuszka powielali poniższą, lub zbliżoną do niej, formułkę:
W odpowiedzi na nową politykę FB informuję, że wszystkie moje dane personalne, ilustracje, rysunki, artykuły, komiksy, obrazki, fotografie, filmy itd. są obiektami moich praw autorskich (zgodnie z Konwencją Berneńską). W celu komercyjnego wykorzystania wszystkich wyżej wymienionych obiektów praw autorskich w każdym konkretnym przypadku wymagana jest moja pisemna zgoda!
Oczywiście na nic to się nie zdało, bo każdy użytkownik wcześniej wyraził zgodę na korzystanie z nowego regulaminu, a Facebook nauczony tym doświadczeniem każdą nową zmianę w regulaminie wprowadza już bez zbędnego rozgłosu… Miejmy nadzieję, że Samsung nie wyciągnie podobnych wniosków i swoich działań nie ograniczy jedynie do usunięcia kontrowersyjnego zapisu, zapewniając klientów, że teraz to już wszystko jest w porządku.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Maffashion buja w chmurze, czyli numer z konsekwencjami

Jeśli następnym razem Julia „Maffashion” Kuczyńska wyśle w świat wiadomość o tym, że cudem uniknęła gwałtu, polski internet będzie się zastanawiał, czy to aby nie reklama obuwia do biegania.

Nie wiadomo, ile znana blogerka zainkasowała za udział w kontrowersyjnej kampanii. Biorąc pod uwagę kwoty, do pobierania jakich przyznają się znani blogerzy, można założyć, że konto Maffasion powiększyło się o kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jeśli tak, to firma Orange bardzo dobrze zainwestowała te pieniądze, zyskując rozgłos i darmową reklamę w mediach, które dały się najpierw dały się złapać na haczyk, a po tym, gdy sprawa okazał się reklamą, z oburzeniem krytykowały misternie utkaną intrygę. Darmowy udział w promocji Orange wzięly takie media jak NaTemat.pl, radio Eska, Plotek i wiele, wiele innych.
Ale to co dobre dla Orange nie musi być takie korzystne dla Kuczyńskiej. Swój wizerunek rozmieniła na drobne tracąc coś, co dla znanego blogera jest ważniejsze od stałego łącza - to wiarygodność, często budowama przez lata.
Zacierając różnicę pomiędzy tym, co stanowi jej osobiste przekonanie, a reklamą, spaliła swoj wizerunek trendseterki. Na dodatek był to jednorazowy numer, praktycznie bez szans na powtórkę. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że było warto.

czwartek, 5 kwietnia 2012

iplay.pl, czyli jak NIE sprzedawać muzyki MP3 w internecie.

Od dłuższego już czasu staram się być legalny i unikać nielegalnego oprogramowania. Kilka razy zakupiłem już muzykę na zagranicznych serwisach, kompletnie zdruzgotany mizerną ofertą polskich sklepów z muzyką. Obok Piaska, Feel i kilku rodzimych raperów naprawdę trudno znaleźć coś ciekawego. Tym bardziej ucieszyłem się, jak dostałem na email od iplay.pl informujący o wprowadzeniu do ich oferty świetnego albumu z muzyką z filmu "Drive".
Nie tracąc chwili kupiłem album i... go nie dostałem. Nie mogę go po brać na swój komputer! Na żadnej z trzech przeglądarek ta sztuka się nie udaje i na żadnym z dwóch dostępnych w domu komputerów!
Myślę sobie co tam - napiszę do BOKu, na pewno przeproszą i coś wymyślą. Stosowny formularz znalazłem szybko, ale wysłanie z niego jakiejkowkiek wiadomości okazało się niemożliwe z powodu... błędu. I tym sposobem pozbyłem się 40 zł. Nie mam muzyki, a nikt w iplay pewnie o tym nie wie. Już dawno nie widziałem tak źle wykonanego serwisu, z taką ilością potnięć i błędów. Coś czuję, że kariera Iplay na naszym rynku nie potrwa już długo.
A swoją drogą, to wszyscy producenci narzekający na piractwo powinni chwilę poklikać w sieci i spróbować kupić jakąś muzykę na polskim serwisie w formacie MP3 legalnie. Może to zmieniłoby nieco ich postrzeganie rzeczywistości.


UPDATE: Dostałem jednak odpowiedź od BOKu na iplay: 

Nasze testy nie wykazały żadnych problemów w pobraniu albumu Cliff Martinez Uprzejmie informujemy, że w związku z umowami pomiędzy wytwórniami, a serwisem iplay.pl dotyczącymi dystrybucji nagrań muzycznych możemy umożliwić pobieranie utworów tylko na terytorium Polski i Słowacji. Natomiast utwory pobrane już na terytorium ww. państw można odtwarzać niezależnie od miejsca przebywania.

Czyli pies jest pogrzebany w tym, że próbuję pozbrać muzykę zza granicy. Szkoda tylko, że twórcy iplay zapomnieli o tym wspomnieć w regulaminie. A jak użytkownik bez polskiego IP spróbuje utwór pobrać, to dostaje bezsensowny komunikat o błędzie, zamiast rzeczowego wytłumaczenia. Lenistwo administratorów widać gołym okiem.

środa, 12 października 2011

Męskość ocalona

Szok, trwoga, przerażenie... Parę dni temu pakowałem swoją kosmetyczkę przed kolejnym wyjazdem, kiedy spostrzegłem puste opakowanie po antyperspirancie. Już, już miałem je wyrzucić, kiedy wzrok mój padł na niewyraźny napis "Bądź aktywna - ochrona 24h". Przed oczami mi pociemniało, nogi się ugięły, a wolna ręka bezwiednie zaczęła szukać jakiegoś wsparcia... Jak to "aktywna" do licha??? Czy to możliwe, że używałem DAMSKIEGO kosmetyku?

Oparłem się, żeby nie stracić równowagi. Całe moje poczucie męskości, latami budowana duma z przynależności do brzydszej części gatunku legła w gruzach, zmiażdżona przez malutkie opakowanie bezwonnego antyperspirantu. Świadomość tej fatalnej pomyłki popełnionej na robionych w pośpiechu zakupach boleśnie drążyła mój umysł. Serce kołatało a czoło pokryło się kropelkami potu. Spojrzałem na zegarek - za 10 minut miałem wyjść na spotkanie. "Pal licho spotkanie, męskość ważniejsza" pomyślałem i pobiegłem do komputera. Parę minut, które potrzebował  na uruchomienie wydało mi się wiecznością. Z nerwów gniotłem pudełko, które w pewnym momencie cicho pękło. MUSIAŁEM jak najszybciej dowiedzieć się, co mi grozi od używania damskiego kosmetyku.

Po pół godzinie przeczesywania internetu i analizowania składu antyperspirantu odetchnąłem z ulgą. W składzie nie było estrogenu. Odkryłem, że większość kosmetyków dla kobiet i mężczyzn różni się jedynie nazwą i zapachem, a wszelkie inne różnice są śladowe. To co czyni kosmetyk męskim lub damskim to najczęściej wyłącznie nazwa. Wystarczy, by krem, antyperspirant czy nawet krem do stóp miał w nazwie "męski" i już jak za dotknięciem magicznej różdżki, jego używaniem nie jest dla faceta ujmą na honorze.
Marketingowe wygi mają rację. Patrząc na kipiące męskością opakowanie mojego nowego antyperspirantu i na stare „damskie” nie znajduję różnic w składzie. Jednak na wszelki wypadek w koszu lądują kosmetyki w kolorze innym niż niebieski, czarny i ciemnozielony.
Lepiej dmuchać na zimne...
 

piątek, 16 września 2011

Jesteś towarem


Nie tylko ty czytasz swoje emaile. W czasach rozkwitu darmowej poczty elektronicznej, ceną, jaką płacisz za gigabajty dostępnego miejsca i rozbudowane opcje jest twoja prywatność. Nigdy w takim stopniu jak obecnie, to co czytasz, oglądasz, słuchasz i co robisz nie było analizowane i wykorzystywane na rynku.
Google i Facebook to firmy, które zbudowały swoją potęgę na śledzeniu aktywności swoich użytkowników. Reklama kontekstowa, choć budzi kontrowersje, staje się czymś naturalnym. Jeśli na jednym portalu czytasz recenzję filmu, na drugim wyświetli się reklama sklepu oferującego ten film w kolekcjonerskim wydaniu i promocyjnej cenie. Informację o tym, że internauta przeglądający obydwie strony to jedna i ta sama osoba można przekazać na wiele sposobów. Najpopularniejsze metody to ciasteczka, czyli specjalne pliki instalowane przez serwisy bez wiedzy użytkownika. Drugi serwis, może z takich plików odczytać, jakie strony internauta odwiedzał i czego szukał. Jeśli internauta kombinuje i np. blokuje używanie ciasteczek, można go zidentyfikować na wiele innych sposobów, chociażby przez katalog zainstalowanych czcionek, czas systemowy komputera, czy zainstalowane wtyczki do twojej przeglądarki.
Facebook dane swoich użytkowników traktuje jak każdy inny towar i sprzedaje bez zbędnych sentymentów. Nie braknie także trzecich firm, które korzystając z platformy FB na własną rękę tworzą bazy danych. Pod pozorem aplikacji rozrywkowych, lub niekiedy akcji społęcznościowych żądają od ciebie dostępu do pełnych informacji, które następnie trafiają na wolny rynek. Jeśli więc następnym razem dołączysz na Facebooku np. do akcji nawołującej zimę do ustąpienia, zastanów się, czy na pewno nie masz nic przeciwko, by Twoje dane stały się towarem.

piątek, 19 sierpnia 2011

No to Frugo!

Jeśli nie próbowałaś/eś jeszcze nowego frugo, to się tym nie chwal, zwłaszcza wśród nastolatków. Ten napój dołączył do ikon stylu i stał się na rynku spożywczym tym, czym iPhone wśród telefonów, a Mini Classic Cooper na rynku samochodów. Na kampanię nie wydano majątku, a mimo to produkt odniósł sukces. Jak do tego doszło?

Dokładnie 1 lipca wprowadzono do sprzedaży nowe Frugo, czyli produkt nawiązujący do popularnego w drugiej połowie lat 90-tych napoju . Pierwsze Frugo wybiło się dzięki odważnym reklamom, będącym wyrazem buntu młodzieży przeciwko bliżej nieokreślonej rzeczywistości. Kiedy jednak rynek polski został zalany rozmaitej maści napojami, okazało się, że Frugo nie jest w stanie się sprzedawać bez wysokobudżetowych kampanii reklamowych. Wystarczyło przerwać kampanię i sprzedaż momentalnie siadała. W końcu właściciel się poddał i postanowił markę sprzedać. Frugo  dwa razy zmieniało właściciela, aż w końcu znalazło się w rękach przedsiębiorców gotowych ponownie wprowadzić go na rynek.

Frugo v.2.0, podobnie jak jego protoplasta, nie jest tanie (1,99 zł za 250 ml), ale tym razem cena nie powinna położyć się cieniem na sprzedaży. Przez ostatnie dziesięć lat znacznie wzrosła siła nabywcza Polaków i stać nas na nieco droższe napoje kupowane dla przyjemności. Napojowi w sprzedaży pomogła także nostalgia, którą dzisiejsi 30-latkowie żywią do produktów przypominających im młodość. Największe znaczenie miała jednak udana kampania wirusowa, która zalała fora i popularne serwisy różnymi memami (jeśli nie wiesz co to takiego, złap pierwszego lepszego nastolatka i zapytaj) a także wpisami odwołującymi się do pozytywnych skojarzeń.

O popularność Frugo w internecie dbają memy. Mianem tym określa się zjawisko społeczne polegające na powtarzaniu wszelakiej maści elementów, melodii czy motywów, ewoluujący w intrenecie.
Oto przykłady memów z Frugo:






Pierwsze tygodnie Frugo może uznać za sukces, bo sprzedaż przewyższyła oczekiwania, ale konkurencji nie dadzą sobie łatwo wykroić kawałka tego rynkowego tortu. Ja w każdym bądź razie trzymam kciuki.

piątek, 5 sierpnia 2011

Google Plus na froncie


    Jakoś nie chce mi się wierzyć, że przeładowane serwery Googla po tym, jak uruchomił swój portal społecznościowy Google+, są czymś więcej niż tylko zabiegiem marketingowym. Nawet 25 milionów osób buszujących po stronach nowego serwisu nie powinno być wyzwaniem dla firmy mającej jedną z największych baz serwerowych na świecie.

    Wierzę jednak, że nowy produkt Google, w przeciwieństwie do jego poprzednich prób na rynku społecznościowym, takich jak Google Profiles i Google Buzz, ma szansę faktycznie powalczyć z Facebookiem. Produkt jest dopracowany i nowatorski, choć sens kilku opcji wydaje mi się wątpliwy. Na rynku społecznościowym jednak jest miejsce tylko dla jednego lidera. Czy więc Google+ wysadzi z siodła Facebooka w najbliższym czasie? Śmiem wątpić.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Social marketing wczoraj i dziś

Ile lat ma social marketing? Trzy, pięć, a może dziesięć? Zapewne wielu zaskoczy informacja, że to wynalazek już czterdziestoletni. Prawdziwy jednak rozwój ta technika sprzedaży (tak, właśnie sprzedaży) przeżywa w ostatnim dwudziestoleciu. To także okres, w którym tradycyjna definicja tego rodzaju marketingu zmieniła swoje pierwotne znaczenie.
Wielu zwolenników marketingu społecznego jest w stanie rozstrzelać mnie za samo stwierdzenie, że służy on sprzedaży. Przecież zgodnie z beznamiętnie powtarzaną od czterdziestu lat definicją promuje (broń Boże sprzedaje!) pomysły, idee, styl życia. Od tradycyjnego marketingu ponoć różni się tym, że nie stawia sobie za cel generowanie zysku. Jego twórcy - Kotler i Andreasen stwierdzili, że różni się celami i stroni od ślepego osiągania celów wyznaczonych przez organizację. W zamian za to pragnie, by beneficjentami końcowymi byli jego odbiorcy, a więc klienci.
Faktycznie, kilka kampanii reklamowych odbyło się w duchu i według prawideł oryginalnej definicji tego rodzaju marketingu. Mam tu na myśli chociażby szeroko zakrojone i międzynarodowe kampanie anty nikotynowe, promujące zdrowy tryb życia czy badania mające zapobiegać rakowi.
Obecnie jednak zaprzęgnięto social marketing do zwykłej orki mającej zwiększyć sprzedaż, tyle że w bardziej wysublimowany sposób. Przykłady mamy na wyciągnięcie ręki – ot chociażby modę na „BIO” czy sportowy tryb życia, za którym stoją najpotężniejsi gracze na rynku, jak chociażby Nike czy Adidas. Mało tego, dzisiaj chcąc sprzedaż produkt masowy musimy sięgnąć po marketing społeczny! Apple, BMW, Ecco czy Kindle to nie zwykłe marki, to styl życia.

Problemem od jakiegoś czasu zaczyna być przewaga podaży idei nad ich popytem. Klienci wydają się być zmęczeni ciągłymi wskazówkami jak żyć  i dlatego coraz częściej ignorują kampanie w duchu marketingu społecznego. Zwłaszcza polscy klienci, po latach tandetnej propagandy komunistyczniej w duchu "naprzód do walki o plan 6-letni" wykazują zadziwiającą odporność na kampanie promujące bezpieczną jazdę, trzeźwość czy badania mammograficzne.
Promując produkt za pomocą social marketing musimy używać wszystkich kanałów tak dla niego charakterystycznych. Na podium są tu oczywiście Facebook i Twitter, które pozwalają skutecznie i po bajecznie niskich kosztach promować „pomysł” na dowolny niemalże produkt. Nie ma wątpliwości, że wraz z rozwojem tych form komunikacji, social marketing będzie się intensywnie rozwijał. Następne lata będą należeć do tej formy promocji produktów.

niedziela, 22 maja 2011

iPhone 4 vs Galaxy S II

Nie, nie chcę tu pisać o parametrach technicznych, porównywać cienie na zdjęciach, grubości obudów, mierzyć w milisekundach szybkość otwierania aplikacji, bo o tym napisano już chyba wszystko. Trudno zresztą dyskutować z tymi wynikami – Samsung jest lepszy i nowocześniejszy. Jest jednak pole, na którym Galaxy S (czy tym bardziej Sony Experia Arc lub LG Optimus 2x) jeszcze długo nie przegoni iPhone – to kreowanie swojego wizerunku, zwane potocznie lansem.


Jak wiemy zresztą, telefonu nie kupuje się tylko ze względu na parametry techniczne. Telefon to zbyt istotny element budowania wizerunku, by przywiązywać wagę tylko do procesora lub megapikseli w aparacie. A póki co, nie ma jak wyciągnąć iPhone na zebraniu/w pubie/na imprezie rodzinnej. Samsung jako narzędzie lansu prezentuje się póki co dość żałośnie. Dlaczego? Oto kilka powodów:

1. Zamożność
Wszyscy wiemy, że iPhony są drogie – ich cena przewyższa znacznie wartość. Zazwyczaj właścieciel iPhone’a godzi się także na wysoki miesięczny haracz, jaki płaci operatorowi za używanie cudownego aparatu. Na Samsunga wystarczy jednorazowo wysupłać „nędzne” 2 tys. złotych, a wkrótce zapewne znacznie mniej.

2. „Life-style”
No cóż, Samsung nie jest cool i jeszcze długo nie będzie. Tymczasem iPhone to styl sam w sobie, kwintesencja doskonałości, nowoczesności i powiewu wielkiego świata. Wiadomo, że jak facet ma iPhone’a to znaczy, że lubi się dobrze ubrać i ma porządne auto. Jak ma go dziewczyna, to znaczy, że jest wyzwoloną, pewną siebie, chodzącą ikoną mody i stylu.

3. Steve Jobs 
Apple go ma, a Samsung nie. To guru marketingu, trendsetter i w ogóle gwiazda internetu. Znany głównie z przepowiedni, które się nie sprawdzają i obcisłych golfów. Facet, który jest legendą sam w sobie. Samsung powinien stworzyć kogoś takiego jak Jobs, jeśli chce myśleć o supremacji.

4. Snobizm
Mając Samsunga nigdy nie będzie mógł dołączyć do internetowej grupy ”iSnob - I'm an iPhone snob & proud":
http://www.facebook.com/pages/Im-an-iPhone-snob-proud-iSnob/128803443846144



sobota, 14 maja 2011

Polska legenda z kraju smoka

      Junak , obiekt westchnień naszych ojców i symbol krajowej motoryzacji na równi z warszawą, Syreną i Maluchem, powrócił. Firma Almot kupiła prawa do nazwy i od kilku miesięcy właśnie logiem Junaka opatruje motocykle produkowane  w Chinach. Stylistycznie motocykle nie mają nic wspólnego z Junakiem produkowanym w czasach PRLu. Czołowe modele wzorowane są na amerykańskich cruiserach (M16 i M11) i na modelach sportowych (M20, M25 i M123).

      Jak na razie motocykle zbierają pochlebne opinie, więc jest szansa, że wkrótce zobaczymy ich więcej na polskich drogach. Szkoda, że jak na razie Almot nie zdecydował się na kampanię w mediach, która skuteczniej podniosłaby świadomość marki. Problemem, z którym także przyjdzie się zmierzyć, to obawy o jakość produktu. Osobiście nie mam żadnych przeciwskazań przed kupowaniem produktów „made in china”. W końcu produkuje tam nawet znany z maniakalnego przywiązania do jakości Apple. Bardziej martwiła mnie strona techniczna i obawy o kiepskie brzmienie dostojnie się prezentujących motocykli. Na szczęście rozwiał je ten film z Youtube:

niedziela, 1 maja 2011

Monety, medale i numizmaty, czyli polowanie na jelenia

Beatyfikacja Jana Pawła II to okazja nie tylko do modlitwy, kontemplacji i radości ale też do niezłego zarobku. Oprócz tanich pamiątek „made in china” od kilku tygodni jesteśmy wręcz zalewani ofertami kupna monet lub medali wybitych specjalnie z okazji beatyfikacji. Srebrne złote, platynowe, duże, małe, z certyfikatami i bez mają jedną wspólną cechę – są absolutnie niewarte swej ceny.
Zastanówmy się – jaki jest sens kupować medal, zawierający kilka gram złota ukształtowanych w podobiznę papieża, za dajmy na to 2000 tysiące złotych, kiedy rynkowa wartość kruszcu to co najwyżej 500 zł. Jeżeli ktoś myśli, że tak zainwestowane pieniądze zwrócą mu się z nawiązką za kilka lat, to powinien usiąść, odpocząć i raz na zawsze przestać inwestować. Takich inwestorów, nie bez powodu, bankowcy zwą „jeleniami”. „Jeleniowi” wciska się karty kredytowe, rekordowo drogie kredyty i tuzin innych, niepotrzebnych mu rzeczy. W internecie „jelenie” kupują monety i medale. Po to, by klient myślał, że kupuje produkt warty swojej ceny, medale uszlachetnia się limitując kolekcje, czy dodając eleganckie certyfikaty.



Powyżej: medal ze Skarbca Mennicy Polskiej (firmy prywatnej) za 2137 zł. Wartość kruszcu to ok. 1000 zł. 

Ok, jest szansa, że kupiona za 3 tys. złotych moneta (moneta, nie medal) po kilku latach będzie warta dużo więcej. To się zdarzyło parokrotnie. Dużo bardziej jednak prawdopodobne, że wartość monety spadnie i za parę, paręnaście lat o wartości monety będzie świadczyła jedynie jakość i ilość metalu użytego na jego produkcję.
Dla państwa produkcja monet to perfekcyjny biznes – sprzedaje za wielokrotność ich wartości i pomimo, że zalewa nimi rynek, to nie zwiększa inflacji, bo nikt nie jest na tyle głupi, żeby za monetę, na którą wydał tysiące złotych kupować bułki. Domorośli numizmatycy chomikują je po szafach, licząc, że kiedyś kupią sobie za nie dom, a co najmniej samochód.


Jedna z najdroższych monet świata - amerykańska pięciocentówka z 1913 r. wcale nie jest wykonana ze szlachetnego metalu. Wykonano ją ze stopu miedzi i niklu. W 1996 r. sprzedano na aukcji jedną z tych monet za niemalże 1,5 mln dolarów.

Z medalami rzecz jest jeszcze bardziej ciekawa, bo poza sentymentem nie ma absolutnie żadnego sensu ich kupować. Są niemiłosiernie drogie, a nawet bułek za to nie kupimy. Za jakiś czas staną się kosztowną pamiątką rodzinną lub skończą u jubilera, który nie kierując się żadnym sentymentem kupi je po cenie złomu. I tyle zostanie z inwestycji.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Power Balance - recepta na twoje kompleksy

      O Power Balance napisano już chyba wszystko –przedstawiono opinie producentów (musisz to mieć) i sceptyków (mega ściema dla ćwierćinteligentów), entuzjastów i naukowców, marketingowców i dziennikarzy. Rozstrzygnięcia brak, a magiczne bransoletki pojawiają się na nadgarstkach kolejnych tysięcy wyznawców Power Technology (oficjalny termin określający działanie bransoletki). Noszą je już nie tylko sportowcy – zakładają je nawet ludzie, nie wychylający przez cały dzień nosa sprzed swoich komputerów. Ostatnio zauważyłem  je u pracowników ochrony  w  miejscu gdzie pracuję. Technologia Power Balance oparta jest na założeniu optymalizacji naturalnego przepływu energii w organizmie człowieka. To wyjaśnienie brzmi co najmniej dziwnie, po co więc ktokolwiek to kupuje?


      Jestem ostatnią osobą, która  zaprzeczy pozytywnemu wpływowi Power Balance. Ludzkość od tysięcy lat zna talizmany, które pomagały wojownikom efektywnie anihilować przeciwników, myśliwym sprawniej łapać króliki, a kochankom wykazywać się godną pozazdroszczenia kondycją. Power Balance to nic innego, jak kolejny talizman, który spełnia wszystkie cechy takiego przedmiotu: jest otoczony aurą tajemniczości i magii, posiada rekomendację liderów (w tym przypadku mistrzów sportu) i nie jest osiągalny dla każdego (jak na kawałek plastiku sporo kosztuje). Jeśli szukasz więc gadżetu, dzięki któremu poczujesz się lepiej już przez sam fakt jego posiadania – musisz mieć to cudo.
      Bardziej od samego efektu opasek i naszyjników interesują mnie działania marketingowe, które pozwalają bez męczącej nachalności zdobywać nowych klientów producentom. Opaski były na początku rozdawane za darmo i dzięki ciekawemu designowi stały się popularne wśród surferów i wielbicieli sportów plażowych. Prawdziwy sukces stał się możliwy po tym, jak fizjoterapeuta Phoenix Suns Michael Clark przekonał do założenia bransoletki Shaquille O’Neala. Potem poszło z górki – kolejni sportowcy otrzymywali opaski i zachwycali się rzekomo lepszymi wynikami, które osiągali dzięki nowemu talizmanowi. Tej strategii – promocji przy użyciu gwiazd sportu firma zostaje wierna do dzisiaj. Dzięki temu i sprytnemu wykorzystaniu potęgi marketingu szeptanego Power Technology zdobywa nowych wyznawców.

piątek, 1 kwietnia 2011

Reklama w PRL-u, cz.2

Nie jest prawdą, że reklama w PRLu narodziła się dopiero w latach 70-tych. Socrealizm był bogaty we wszelkiej maści propagandę, z której bogatych doświadczeń czerpano praktycznie przez cały czas Polski Ludowej. Co prawda w latach 50-tych nie było sensu reklamować cokolwiek, bo brakowało praktycznie wszystkiego, ale już w następnym dziesięcioleciu coraz śmielej reklamowano produkty polskiej myśli technicznej, takie jak chociażby słynny gramofon bambino.
Plakat wciąż pozostawał formą zastrzeżoną dla państwowej propagandy, tak więc produkty, których nie można było przedstawić w kronice filmowej skazane były na marketing szeptany. Tak było chociażby z pierwszymi polskimi prezerwatywami „Luxi gum”.
Lata 70-te to już prawdziwy rozkwit peerelowskiej reklamy, w tym przede wszystkim plakatu. Były one skierowane głównie do kobiet, które, jak słusznie zauważyli ówcześni decydenci, coraz częściej odpowiadały za budżety gospodarstw domowych.




Ponieważ państwo polskie cierpiało na chroniczny brak gotówki, próbowano z rynku ściągnąć dewizy pochowane w domowych skrytkach. W tym celu powstało słynna sieć sklepów o nazwie będącej ciekawym oksymoronem – „Przedsiębiorstwo Exportu Wewnętrznego” szerzej znane jako Pewex.


Produkty skierowane do mężczyzn (takie jak samochody czy wódka) były chętniej reklamowane za granicą niż w kraju. Oto trzymająca w napięciu reklama Fiata 125P skierowana do zachodnioeuropejskiego klienta.

W pamięci mam jeszcze jedną reklamę rodzimego pojazdu, tym razem Poloneza. Zrobiono ją już po obaleniu komunizku, przyznacie jednak, że duchem jednak tkwi w czasach PRLu:

niedziela, 13 marca 2011

Supermarketowe sztuczki



      Jeśli myślisz, że Twoje zakupy w supermarkecie zaczynają się z chwilą włożenia pierwszego produktu do koszyka, to jesteś w błędzie. Najpierw  coś Cię do supermarketu musi przyciągnąć, zmusić do pokonania  kilku, kilkunastu kilometrów, rezygnacji z innych przyjemności, które mógłbyś w tym czasie robić… Magnesem jest ulotka, którą wpychają do Twojej skrzynki przynajmniej raz na tydzień niezmordowani roznosiciele. Szynka za 12,99 zł/kg, zegarek mierzący tętno za 35 zł, czy siatka mandarynek za 4,69. Dla każdego coś miłego – dla gospodyń domowych, dla fanów elektroniki, dla majsterkowiczów no i oczywiście dla dzieci.
      Kiedy już klient jest w sklepie i przed sobą pcha wózek, to wpadł w sidła. Od progu wita go miły, często lekko wyczuwalny zapach, najlepiej pieczywa lub owoców. Coś, co pobudzi wydzielanie soków żołądkowych i sprawi, że dosłownie rzuci się na dział spożywczy.
      W dobry nastrój wprawi ma go wprawić muzyka – nie za głośna i niezbyt dynamiczna, tak, by klient wzdłuż regałów maszerował powoli. To kolejny element mający sprawić, że zakupy będą przyjemnością, nie przykrym obowiązkiem. Dobranie odpowiedniej muzyki to niełatwa sprawa i  właściciele sklepów wielkopowierzchniowych najczęściej w tej kwestii korzystają z pomocy specjalistów.
      Nic jednak tak nie decyduje o tym, czy towar znajdzie się w naszym koszyku jak jego rozmieszczenie. Niekiedy firmy płacą tysiące złotych, by ich produkty znajdowały się na którejś ze środkowych półek, czyli dokładnie tam, gdzie najczęściej pada nasz wzrok. Także kolejność mijanych przez nas działów nie jest przypadkowa. Zazwyczaj produkty droższe znajdują się dalej, najczęściej w drugim, trzecim szeregu półek. Wynika to z wyników badań nad naszą psychiką – rzeczy niejako „schowane” za innymi postrzegamy jako okazyjne. Na dodatek supermarkety regularnie przemieszczają produkty, tak by klient nie robił zakupów „na skróty”. Teraz już wiesz, dlaczego twoje ulubione chipsy tak często wędrują po sklepowych pólkach.
      Ostatnim miejscem wodzącym nas na pokuszenie jest... kolejka do kasy! Jeśli myślisz, że zbyt mała ilość kasjerów to oszczędność dla właściecieli, to masz rację, ale tylko częściowo. To nie tylko oszczędność, ale i zarobek! Dziesiątki produktów umieszczonych bezpośrednio przy kasie nie znalazło się tam przypadkiem. Mają przyciągnąć uwagę czekającego i nudzącego się klienta, a w efekcie znaleźć się w jego koszyku. Te produkty są żyłą złota, także dlatego, że sklep narzuca na nie największą marżę.

      Jeszcze jedna uwaga - te sztuczki stosują zbsolutnie wszystkie sklepy średnio i wielkopowierzchniowe, bez względu, czy są to delikatesy typu Alma lub Piotr i Paweł, czy też dyskonty, takie jak Lidl, Biedronka czy Aldi

niedziela, 30 stycznia 2011

Reklama w PRL-u, cz.1

       Myli się ten, kto sądzi, że polska reklama narodziła się wraz ze spotem Prusakolebu. Istniała wcześniej, dużo wcześniej, nawet za głębokiego PRLu. Nie była krzykliwa, nie epatowała seksem, ale czerpała z wzorców zachodnich, najpierw nieśmiało, potem bardziej i bardziej. Powstaje pytanie – po co  kraju, gdzie nie ma konkurencji reklama? Jeżeli jedna firma produkowała dajmy na to damskie rajstopy, to po co je dodatkowo zachwalać? No cóż, celem było przede wszystkim zwiększenie popytu w krytycznych momentach, których przecież w dziejach gospodarki peerelowskiej nie brakowało, a w przypadku reklam Peweksów zmuszenie Polaków do wysupłania walutowych zaskórniaków i tym samym wspomożenie wiecznie podupadających finansów.


       Reklamowano także polskie produkty za granicami, o dziwo nie tyle w „zaprzyjaźnionych krajach”, ale także na Zachodzie. I tak na przykład kiedy w Polsce walczono z pijaństwem, w latach 70-tych w RFN próbowano spopularyzować Wyborową. Przecudowny film ukazujący walory trunku znad Wisły można obejrzeć tutaj:

piątek, 21 stycznia 2011

PETA, czyli piękno w słusznej sprawie

Sobotni, zimowy wieczór, siedzimy w męskim towarzystwie, racząc się whisky (czy whiskey, nie pamiętam). Nagle rozmowa zeszła na temat głośnej kampanii PETA, czyli nagusich, niebrzydkich pań w obronie… no właśnie… czego? Wersja pierwsza – jedzenia bio, wersja druga – coś z futrami, wersja trzecia, coś z bielizną (upierał się przy tym jeden uczestnik). Choć byłem przekonany, że organizacji chodzi głównie o futra, to pozostałem w mniejszości – koledzy gładko wymieniali panie, które biorą udział w kampanii, na czele oczywiście z „Dżoaną” Krupą, ale kiepsko było z tym, co ich golizna ma propagować.

Szkoda, bo moim zdaniem cel jest szczytny. Organizacja People for the Ethical Treatment of Animals, istniejąca już od 30 lat w piękny i niecodzienny sposób stara się zwrócić nam uwagę na okrucieństwa wobec zwierząt, a zwłaszcza na bezsens noszenia drogich futer okupionych cierpieniem wielu stworzeń. I choć nie brakuje kontrowersji, łącznie z tym, że PETA zabija bezdomne zwierzaki (http://www.petakillsanimals.com/) to sam pomysł propagowania idei rezygnacji z futer wydaje się szczytny.

Jednak PETA nie zawsze korzysta z pomocy ładnych pań – na swoim koncie ma akcje wzbudzające oburzenie, a nierzadko gniew odbiorców, jak chociażby kampania promująca wegetarianizm:

czy krytykująca sieć McDonald’s za nieprzywiązywanie wagi do praw zwierząt i skierowana do dzieci. Pod amerykańskimi restauracjami sieci Mc Donald’s, dzieci otrzymywały pudełka z zestawem „Unhappy meal”, w którym zamiast tradycyjnej kanapki z zabawką, znajdował się sztuczny, zakrwawiony kurczak lub plastikowa, wychudzona krowa.:


Pozostaje pytanie, czy forma nie przesłania treści. Skoro patrząc na modelki pozujące dla PETA przestajemy zwracać uwagę na treść przekazu, być może warto by rozpatrzyć mniej krzykliwe formy komunikowania? Czy wtenczas jednak ktokolwiek słyszałby o tej organizacji? Jeśli ją znamy kojarzymy i popieramy, to za kampanie i akcje z udziałem najpiękniejszych kobiet świata.

A oto kilka tylko przykładów jak piękno może służyć słusznej sprawie:













poniedziałek, 6 grudnia 2010

Grudniowa gorączka zakupowa

Grudzień to okres żniw dla każdego niemalże handlarza detalicznego. Z wyjątkiem osiedlowych spożywczaków, wszyscy zacierają ręce i liczą i na ogromny obrót. W pewnej znanej firmie jubilerskiej, w której pracowałem, grudzień decydował o całorocznych wynikach – był udany, wszyscy się cieszyli, był kiepski – na korytarzach było słychać ciche pochlipywanie kierowników sprzedaży, niepewnych swego jutra.
       Nic dziwnego, że sprzedawcy dwoją się i troją, by opróżnić magazyny. Wiedząc, że klienci nie mają czasu na wnikliwe studiowanie ofert często dyskretnie windują ceny, a już zupełnie jawnie  rezygnują ze wszystkich promocji i upustów. Przykład miałem dzisiaj – udałem się do salonu z zegarkami i zapytałem o zegarek, do zakupu którego przymierzam się od dawna. Po usłyszeniu ceny zapytałem o rabat, ale uprzejma pani sprzedawczyni szybko  odpowiedziała mi, że mogę o nim zapomnieć. Na moje zdziwienie odpowiedziała, że jest grudzień i nikt przy zdrowych zmysłach rabatów nie daje, a na ucho szepnęła, że jeżeli mi się nie spieszy, to wystarczy jak przyjdę parę dni po świętach. Wtedy bez trudu wynegocjuję nawet 10 procent. 
      Abyśmy kupowali więcej co sprytniejsi sprzedawcy umiejętnie kreują klimat, który ma sprawić, że pieniądze będziemy wydawali bardziej beztrosko. Dźwięk kolęd, wystrój, gra światłem, a nawet zapach – wszystko to ma sprawić, że poczujemy się bezpiecznie. Wszechobecne prezenty, prezenciki, mikołaje i choinki dbają jednocześnie, byśmy nie zapominali, po co do sklepu przyszliśmy. W takiej atmosferze zdecydowanie częściej dobywamy portfela, rzadko kiedy mieszcząc się w budżecie zakładanym na świąteczne zakupy…

niedziela, 28 listopada 2010

Czytnik ebooków z Empiku - czy warto?

    Wreszcie jest dostępny! Po miesiącach oczekiwania można w sieci Empiku kupić OYO – najtańszy na naszym rynku czytnik ebooków. Produkt nie wygląda źle i ma przyzwoite parametry techniczne – odczytuje PDF, ePub, HTML, TXT, wyświetla grafiki (oczywiście w skali szarości), odtwarza mp3, ma  moduł łączności bezprzewodowej WiFi, 2GB wbudowanej pamięci i czytnik kart MicroSD (do 32 GB). Z drugiej strony zastanawia brak odczytu najpopularniejszego formatu, jakim jest DOC i razi fakt, że przez WiFi połączyć się możemy jedynie ze sklepem Empik. Za to produkt kosztuje jak na tego typu urządzenie niewiele, bo 650 zł. To niewiele w porównaniu np. z rewelacyjnym czytnikiem Onyx, który w podobnej konfigurajci kosztuje ok. 1200 zł. Pierwotnie czytnik z Empiku kosztował nawet mniej, bo 595 zł, ale wobec znacznej liczby zamówień Empik poszedł na łatwiznę i cenę podniósł.
    Czy warto? W dobie ekspansji tabletów warto się wstrzymać. Te multimedialne urządzenia nie oferują takiego komfortu lektury tekstu jak czytniki ebooków, ale dzięki swej wielozadaniowości wydają się być dla nich ciekawą alternatywą. W tej chwili na rynku tabletów liczą się tylko dwa produkty – Samsung Galaxy Tab i iPad, ale sytuacja jest dynamiczna. Za rok będziemy mieli na rynku kilka tabletów więcej, a kto wie – może pojawi się hybryda, oferująca multimedialność tabletu i wygodę użytkowania czytnika ebooków, z funkcjami takimi jak elektroniczny atrament (oszczędza nasze oczy). Jeśli jednak czekać nie możecie i godzicie się na pewne uzależnienie od Empiku, zainwestujcie w OYO.




niedziela, 21 listopada 2010

Grupowo nie zawsze taniej

    Nic tak nie zachęca do podjęcia decyzji o zakupie jak słowo "okazja". Okazyjnie kupujemy więc latarki w supermarketach, zestawy sznurowadeł "3+1 gratis", wycieraczki samochodowe i dziesiątki innych niepotrzebnych nam rzeczy. Łaszenie się na wszystko co choćby udaje okazję, to część naszego zakupowego instynktu. Nadrukowanie słowa "okazja", czy "promocja" to łatwy i skuteczny sposób skłonienia nas do zakupu towaru bądź usługi.
    Kilka lat temu, za oceanem, powstał pomysł, by skrzyknąć się w internecie i poprzez zakupy grupowe wytargować niższe ceny. Wkrótce i u nas powstały pierwsze platformy, dzięki którym możemy kupować taniej. Dzisiaj warto wymienić dwie – Gruper.pl i Groupon.pl. Idea dobra, bo od dawna wiadomo, że firmy są skłonne do obniżek przy zakupach masowych, ale w praniu wychodzi tak sobie. Zapomnij o tym, że możesz mieć wpływ, na to, co jest w ofercie takiego portalu. Jesteśmy całkowicie skazani na inwencję i "widzimiesię" właścicieli platform.
    Niemniej jednak dzięki usługom tych portali możemy kupić naprawdę okazyjne usługi lub towary. Ot chociażby kolację w jakiejś przyzwoitej restauracji lub zabieg odnowy biologicznej za pół ceny. W tym miejscu należy jednak zamieścić ostrzeżenie - zanim rzucimy się na jakiś kupon z "okazyjną" ceną zastanówmy się, a przede wszystki sprawdźmy w internecie, czy to nie znajdziemy czegoś tańszego i równie dobrego. Spora część ofert to zwykłe naciąganie, gdzie np. nieprzyzwoicie droga i chcąca uchodzić za snobistyczną restauracja, serwująca mierne sushi, daje nam rabat po to by ściągnąć jakichkolwiek gości. Często w pobliżu są restauracje, gdzie to samo zjemy równie tanio, a już na pewno smaczniej. "Okazja" to w tym wypadku słowo mocno naciągane.
   Innym razem firma sprzedająca kupony celowo podaje zawyżoną cenę poza promocją i oznajmia, że przyznała rabat np. 50 procent. Przykład? Ot chociażby dwudniowy pobyt w trzygwiazdkowym hotelu Artur w Krakowie za "jedyne" 297 złotych zamiast 597 zł. poza promocją. Skąd cena 597 zł? Nie udało mi się tego dociec, bo normalnie doba w tym hotelu w pokoju dwuosobowym ze śniadaniem kosztuje 210 zł, a więc za dwa noclegi 420. Nawet jeżeli do tego dorzucimy kolację, która jest w pakiecie, to ceny poza promocją, jaką dostajemy od Grupera nie sposób zrozumieć.
    Zanim więc rzucimy się na internetowe okazje na chłodno pokalkulujmy, czy nie jesteśmy nabijani w butelkę. Słowo "okazja" zbyt często wyłącza racjonalne myślenie i pustoszy nasze portfele.